AdobeStock_210019134.jpeg
LOGO FUNDACJI GOLD.png

NIEMACIERZYŃSTWO | FELIETON AMBASADORKI


fot. Michał Lenarczyk

Od redakcji / Jesteśmy świeżo po premierze naszego odważnego acz bardzo potrzebnego projektu "TABU - cykl podcastów ważnych". Projekt powstał po to, aby poruszać kobiece tematy, które w naszym społeczeństwie poruszane nie są, a jeśli już są, to narażają osoby je głoszące na ostracyzm otoczenia. Pierwszy cykl podcastów nosi tytuł "Żałuję rodzicielstwa" i porusza trudny temat posiadania dzieci przez osoby, które nie były na rodzicielstwo gotowe bądź więcej - nigdy dzieci mieć nie chciały, a zostały zmuszone do rodzicielstwa presją społeczną.


Z całą mocą należy oświadczyć, iż cykl nie jest skierowany przeciwko macierzyństwu. Ma za zadanie podkreślić jednak problem presji społecznej oraz uwydatnić różnicę między rodzicielstwem świadomym, upragnionym i przede wszystkim - uzgodnionym świadomie z obojgiem z partnerów a rodzicielstwem wymuszonym, wyproszonym. Dlatego przez najbliższe dni będziemy publikować felietony naszych ambasadorek i przyjaciół, aby ukazać macierzyństwo z każdej możliwej strony. Jako drugi publikujemy felieton aktorki Olgi Bończyk, która otwarcie mówi o tym, że decyzja o nieposiadaniu dzieci była świadoma, przemyślana i dobra.


#TABU FELIETON OLGI BOŃCZYK


Mam siedem może osiem lat. Są lata siedemdziesiąte i głęboki socjalizm. Wsiadam do zatłoczonego tramwaju. Uprzejmi pasażerowie pomagają wciągnąć wózek z dzieckiem młodej matce, która objuczona jest siatkami z zakupami. Pasażerowie z zazdrością patrzą na rolki papieru toaletowego przewieszone przez ramię i z rozmarzeniem wciągają zapach „krakowskiej suchej”, która wystaje z koszyka podwieszonego pod niemowlakiem. Tramwaj rusza, a dziecko zaczyna cichutko kwilić. Matka ciepło uśmiecha się do dziecka, poprawiając czapeczkę, która lekko się przekrzywiła. Tłum faluje na zakrętach. Robi się duszno. Dziecko zaczyna płakać. Ktoś udziela młodej matce szybkich rad o kolce i naparze z koperku, który zwykle rozwiązuje problem. Dziecko płacze coraz głośniej i głośniej. Decybele które do mnie docierają są tak natarczywe, że muszę zatkać sobie uszy. Boli. Mój mózg nie wytrzymuje. Czuję, że zaraz eksploduję. Dźwięk jest nie do wytrzymania. Na przystanku otwierają się drzwi więc przepycham się przez tłum i wyskakuję z tramwaju. Jestem mokra od potu, cała się trzęsę i tylko łyk świeżego powietrza mnie otrzeźwia. Czekam na następny tramwaj. Nie mogę przecież spóźnić się do szkoły.


Odkąd pamiętam płacz dziecka, wywołuje u mnie stan lęku. Rozpaczliwy i głośny płacz, którego decybele rozsadzają bębenki w uszach sprawia, że nie jestem w stanie zapanować nad sobą. Uciekam. Zrobiłam nawet kiedyś badanie słuchu i wynik był jednoznaczny. Słyszę nieco więcej niż przeciętny człowiek. „Koci słuch” - tak potocznie się mówi o takich jak ja. Zastanawiałam się jednak czy tylko ten mój „koci słuch” jest powodem tego, że moje macierzyństwo odsuwałam na dalszy plan, odkładałam w czasie lub mówiłam „jak się wydarzy to będzie, a jak nie, to trudno”?

Z perspektywy czasu wiem, że to był jeden z ważniejszych powodów. Bałam się, że nie będę umiała poradzić sobie z bólem, który sprawiają mi wysokie tony. Że nie zapanuję nad emocjami, które się we mnie włączają, gdy słyszę pisk dziecka.

Sukcesy w pracy i nęcące propozycje rozwoju zawodowego umacniały mnie w przekonaniu, że tak jak jest, jest dobrze. Na scenie do dziś czuje się bezpieczna i szczęśliwa. Otaczam się dźwiękami, które są balsamem na moją duszę. Nie wyobrażałam sobie, że miałabym to wszystko zamienić na pieluchy, kaszki, kupki i lęk przed kolejnym atakiem płaczu, którego mogłabym nie umieć znieść.


Wiem, że teraz każda szczęśliwa matka dopisałaby duży akapit o cudownym bezzębnym uśmiechu maluszka, o niebieskich jak niebo oczach, o zapachu niemowlaka nieporównywalnym do niczego innego i bezbronności, która wyzwala najpiękniejsze odruchy macierzyństwa. Ale ja tego nie doświadczyłam i…nie żałuję. Naprawdę, nie żałuję. Nigdy nie czułam motyli w brzuchu na widok małego dziecka, nie patrzyłam na matkę z wózkiem jak na obiekt wizji własnej przyszłości. Jako mała dziewczynka nie bawiłam się w „mamę i tatę”. Bawiłam się w bycie artystką. Zakładałam maminą spódnicę, jej szpilki, brałam do ręki skakankę, która udawała mikrofon, stawałam przed lustrem i stawałam się gwiazdą na estradzie. To były moje marzenia. Marzenia, które sprawiają, że dziś czuję się szczęśliwa i spełniona.

Jest rok 1986, mam osiemnaście lat i jestem w klasie maturalnej. Właśnie mam lekcję fortepianu w klasie Pani Janiny Butor. Zanim zagram pierwsze dźwięki koncertu fortepianowego, który przygotowuję na egzamin dyplomowy, pani profesor dużo ze mną rozmawia o muzyce, życiu artysty, o jego wyborach i samotności. Jednym z tych trudnych wyborów dla kobiety - artystki jest macierzyństwo. Widząc moje niepewne spojrzenie dodaje: „Oleńko, niemal każda kobieta może być matką, ale nie każda kobieta może być wielką artystką”. To zdanie dźwięczy mi w głowie do dziś. Byłam wówczas u progu dorosłości i poczułam ogromny ciężar odpowiedzialności za moje życie, moją przyszłość i rodzinę, którą będę chciała założyć. Zrozumiałam, że dorosłość wiąże się z podejmowaniem trudnych decyzji i odwagą by podążać za swoim sercem a nie za społecznym oczekiwaniem.

Większość moich znajomych ma wspaniałe dzieci a nawet wnuki. Trudno nie przyznać racji, że ten model życia daje wiele radości i spełnienia. Od lat powtarzam, że wychowanie dzieci w dzisiejszych czasach zasługuje na największy szacunek i uznanie. To heroizm, na który ja się świadomie nigdy nie zdecydowałam. Wybrałam scenę. Moje role i koncerty traktuję jak dzieci, które wypuszczam w świat i to mnie całkowicie spełnia.


Dziś mam 53 lata. Macierzyństwo nie było mi dane i - nawet jeśli ktoś w to nie wierzy - naprawdę tego nie żałuję. Wokół mnie mam wielu przyjaciół, którzy dumni są ze swoich pociech (często już dorosłych) i takich, którzy swoje życie odmierzają zawodowymi sukcesami lub planami na najbliższą wyprawę w nieznane, bo podobnie jak ja, los nie obdarował ich potomstwem.


Na koniec muszę dodać jedno zdanie. Miałam szczęście, bo nigdy nie spotkałam się z ostracyzmem piętnującym mój świadomy brak macierzyństwa choć mówię o tym otwarcie od wielu lat. A może zwyczajnie jestem w swoim braku chęci posiadania dzieci wiarygodna i prawdziwa, bo nie potrzebuje pieczętować swoich wyborów uznaniem i akceptacją innych?